Aplikacja do wykrywania rozprzestrzeniania się Covid-19 może być zbawienna, ale może też okazać się totalną klapą. Jest tylko jeden sposób by to sprawdzić.
Analiza: Dlatego aplikacja dotycząca koronawirusa jest bezpieczniejsza z rozwiązaniami Apple i Google
To był chaotyczny proces, ale rządowa nowa aplikacja do wykrywania infekcji ma większe szanse na sukces
Rząd całkowicie zmienił zdanie i postanowił zbudować aplikację opartą na tak zwanej zdecentralizowanej technologii Apple i Google. To rozwiązanie, które ma największą szansę na sukces.
Dotarcie tam było chaotycznym i powolnym procesem. Ale decyzja o tym, by zbudować oficjalną duńską aplikację dotyczącą koronawirusa na technologii Appel i Google daje projektowi najlepszy punkt wyjścia do zdobycia zaufania i łączności z Duńczykami.
Należy mieć nadzieję, że w przyszłości, od samego początku, potrzeby użytkowników - w tym bezpieczeństwo danych i prywatność - będą ważniejsze w rozwoju publicznych projektów IT.
Duńska aplikacja do wykrywania rozprzestrzeniania się wirusa:
- Nazwa aplikacji to "Smittestop"
- Poprzez bluetooth w twoim telefonie aplikacja ma za zadanie wykrycie łańcucha epidemicznego
- Pobranie aplikacji jest dobrowolne
- Aplikacja jest opracowywana przez NetCompany dla organu digitalizacji
- Aplikacja jest zbudowana na technologii Apple/Google "exposure notifications"
- Pierwotnie aplikacja miała wyjść w kwietniu, ale została przesunięta na czas nieokreślony
- Aplikacja zostanie wyłączona, gdy śledzenie infekcji COVID-19 nie będzie już istotne.
Oprócz ostrzeżenia o niebezpieczeństwie infekcji, do tej pory zaplanowano, aby aplikacja zarówno monitorowała nasze wzorce kontaktowe jak i "pomagała nam wszystkim" z "zachowaniem odstępu do siebie nawzajem", jak to ujął minister zdrowia, Magnus Heunicke, kiedy pierwszy raz wspomniał o aplikacji na początku kwietnia. Po wyborze Apple i Google odrzucono teraz tą funkcję.
Jednak chęć gromadzenia danych była najwyraźniej najwyższym priorytetem. Netcompany, która tworzy aplikację dla organu digitalizacji (Digitaliseringsstyrelsen) , do niedawna pracowała nad tak zwanym modelem centralnym, w którym dane gromadzone za pośrednictwem aplikacji musiały być przechowywane w jednym miejscu - w chmurze. Zasadniczo oznaczało to, że jako użytkownik musiałeś zaufać władzom, że będą uważać na nasze dane.
Natomiast otrzymywalibyśmy codzienne punkty dotyczące tego, ile razy byliśmy za blisko innych ludzi, i Statens Serum Institut (SSI) otrzymywałoby dane, które mogłyby być wykorzystane do badania i modelowania współczynnika reprodukcji wirusa. Funkcje, które z natury nie są niezbędne dla aplikacji do śledzenia infekcji. Teraz również te elementy zostają odrzucone.
Jedna funkcja w centrum uwagi
W trakcie opracowywania duńskiej aplikacji pojawiły się wspólne sugestie Apple i Google, które pomogą w uniknięciu problemów związanych z centralnym przechowywaniem danych: Spotkania między użytkownikami aplikacji są rejestrowane tylko lokalnie na telefonie danej osoby, a telefony nie wiedzą, kim naprawdę są użytkownicy.
Zapewnia to użytkownikowi znacznie wyższy poziom anonimowości i znacznie utrudnia monitorowanie i gromadzenie danych.
Ponadto nowy system koncentruje się na jednej istotnej funkcji: ostrzeganiu, jeśli byłeś blisko osoby, która później uzyskała pozytywny wynik testu na obecność koronawirusa.
Inne funkcje, które należy teraz porzucić, nie były jedynym problemem związanym z oryginalną, scentralizowaną aplikacją. Funkcja bezpieczeństwa w systemie operacyjnym Apple oznaczała, że najważniejsza funkcja, rejestracja telefonów innych użytkowników za pomocą Bluetooth, nie działałaby na ponad połowie smartfonów Duńczyków, które byłyby przechowywane w kieszeni.
Ostatni ale wcale nie mniej ważny aspekt, dotyczyłby tego, że duńska aplikacja najprawdopodobniej nie działałaby z aplikacjami innych krajów, co nie jest optymalne, gdy w pewnym momencie granice zostaną ponownie otwarte.
Presja na ministra zdrowia wzrosła
Obawy związane z bezpieczeństwem i inwigilacją skłoniły kilka partii po obu stronach socjaldemokracji do wezwania Heunicke do zlikwidowania planowanej aplikacji i wybrania w zamian rozwiązania Google i Apple.
Pod koniec procesu rząd powołał tzw. Radę doradczą (advisory board). Według słów ministra powinna ona zapewnić, że aplikacja „opiera się na prywatności, ochronie danych i użyteczności”. Po zapoznaniu się z aplikacją, rada wezwała również do przejścia na zdecentralizowaną technologię Google i Apple.
Duży eksperyment
Wyzwaniem będzie teraz zebranie Duńczyków do udziału w tym eksperymencie. Bo to jest eksperyment. Nigdy nie byliśmy w podobnej sytuacji. Nigdy nie korzystaliśmy z naszego smartfona w ten sposób, ani nie mieliśmy podobnej pandemii. Może to działa. Może to będzie gigantyczna klapa. A czas mija.
W związku z najnowszym ogłoszeniem rządu o ponownym uruchomieniu staromodnego ręcznego wykrywania infekcji, w którym osoba zakażona musi sama skontaktować się i poinformować osoby ze swoich bliskich kontaktów, że mogli zostać zarażeni, nowa aplikacja wydaje się kluczowa.
Jednocześnie władze utworzyły call center, aby pomóc tym, którzy sami nie są w stanie tego zrobić. Ponadto Apple i Google nie ukrywały, że ich rozwiązanie ma stanowić uzupełnienie wykrycia infekcji przez władze. To nie jest „magiczna kula” przeciwko koronawirusowi i nigdy nie myślano o tym w taki sposób.
Jeśli aplikacja działa, wyłapie ona niektórych z tych, których manualne wykrycie nie zdołało odnaleźć: Nieznajomy, za którym siedziałeś zbyt blisko w autobusie, albo miła osoba z którą rozmawiałeś, a może zapomniałeś się jednego wieczoru i nie pamiętasz imienia tej osoby.
W idealnym scenariuszu może to zatrzymać łańcuchy epidemiczne wśród osób przechodzących wirusa bezobjawowo. Jest to coś, co szczególnie mogłoby pomóc młodym ludziom, którzy również mają większą skłonność do korzystania z aplikacji.
Jeśli to nie zadziała, to tak, istnieje ryzyko, że twoje dane wpadną w niepowołane ręce lub w inny sposób zostaną wykorzystane, ryzyko będzie co najmniej minimalne.
Nie musimy ufać Apple i Google
Dla wielu z nas pewnie minie trochę czasu, zanim przyzwyczaimy się do faktu, że teraz są to technologiczni giganci, którzy przejmą sytuację. Wielu z nas im nie ufa.
To, że Google żyje ze zbierania danych o nas, i to że Apple zaoszczędził ogromne sumy pieniędzy w rajach podatkowych, który jest możliwym kluczowym graczem w ponownym otwarciu Danii - tak, niewielu się tego spodziewało. Przynajmniej ja nie. Ale zawsze cieszę się z zaskakujących twistów fabularnych.
Dzięki temu rozwiązaniu rząd posłuchał krytyki, dając jednocześnie ludziom lepszy powód do pobrania aplikacji. Korzystanie z niej jest dobrowolne. A ponieważ wrażliwe dane dotyczące Twoich i moich spotkań są przechowywane tylko na naszych telefonach, cóż, w zasadzie nie musimy polegać na duńskich organach zdrowia ani na Google i Apple.
Jednocześnie aplikacja może zrobić tylko jedną rzecz: mianowicie powiadomić nas, jeśli zostaliśmy narażeni na ryzyko infekcji, zanim zaczniemy się przemieszać i zarażać innych. Przynajmniej taka jest teoria. Gdyż nadal nie wiemy, czy to działa.